Mandø (jeżdżąc jak Pan Samochodzik)

Duńskie prawo Jante zakłada, że nikt nie jest lepszy od nikogo innego, więc nikt nie powinien się czuć w jakikolwiek sposób wyróżniony. Duńska wyspa Mandø jest tak bardzo inna od innych wysp, że Janteloven może się schować — pod wodę.


Vadehavet

Położona na Morzu Wattowym duńska wyspa Mandø należy, obok bardziej znanych Rømø1 czy niemieckiego Syltu, do archipelagu Wysp Fryzyjskich… Wróć, bo przecież samo Morze Wattowe (Vadehavet) jest na tyle zjawiskowe, że grzech nie poświęcić mu choćby pół akapitu.
Wyobraźcie sobie morze-nie-morze, mokradło-nie-mokradło — przybrzeżny akwen, na tyle płytki, że przy odpływie odsłania swoje dno, dzięki czemu nie trzeba biblijnych mocy by chodzić po wodzie (i uprawiać formę turystyki znaną jako vadehavsvandring). Cuda dzieją się także przy przypływie morza, albowiem bagno skrywa się pod warstwą słonej wody. To jest właśnie „watt” i to jest właśnie Morze Wattowe.


Morze Wattowe

Wyspa Mandø osiągalna jest na dwa sposoby: per pedes, kilkukilometrowym brodem Mandø Ebbevej prowadzącym przez Morze Wattowe. Sęk w tym, że szlak biegnie (literalnie!) morskim dnem — tyle dobrego, że został oznaczony wbitymi w dno morza drzewkami, więc idąc między tyczkami zabłądzić się nie da. Przy odpływie woda rzadko sięga powyżej kolan, więc ludzie vadehavsvandringują w tym, co akuratnie mają „pod ręką”: niektórzy w kaloszach, inni w kroksach, a jak ktoś lubi kontakt z naturą, to bosą stopą. Widziałem na własne oczy, zapewniam, że ten obrazek robi, zwłaszcza z daleka, niezłe wrażenie.


Mandø Ebbevej

Nieco pewniejszym, jedynym „suchym” sposobem dotarcia na wyspę Mandø jest grobla Låningsvejen. Usypana 50 lat temu sześciokilometrowa żwirowa nitka, wzniesiona 75 centymetrów ponad dno Morza Wattowego, łączy Mandø ze stałym lądem… albo i nie łączy. Låningsvejen jest drogą pływową, która odsłania się przy odpływie morza, zaś przy przypływach — lojalnie przypominają o tym tablice i znaki ostrzegawcze usytuowane przy wjeździe — może okazać się trudna lub nawet niemożliwa do sforsowania.


Låningsvejen Mandø

Jazda wąską Låningsvejen może być emocjonująca nawet przy odpływie. Prawie cała trasa przebiega luźnym żwirem, przez mniejsze i większe kałuże, więc droga chrzęści, trzeszczy, chlapie, wydaje się ruszać na boki. Wrażenie prowizorki (słowo Lånings oznacza „pożyczkę” — to miejsce jest naprawdę pożyczone od natury) pogłębia fakt, że groblę od morza oddziela ją niewysoki pas luźno rzuconych głazów — wydaje się, że jeden nieostrożny ruch kierownicą i obierzemy kurs na szeroki przestwór oceanu.


Låningsvejen Mandø

Trudno się dziwić, że część turystów wybiera podróż osobową przyczepą zaprzężoną w solidny traktor. Mandø bussen mają wyższy prześwit, miejscowi kierowcy znają Låningsvejen lepiej niż przyjezdni, a i tak niespodzianki się zdarzają. Wikipedia podaje, że w 2010 r. traktor-bus jadący z Mandø na pobliską, niezamieszkałą wyspę Koresand (to ta piaszczysta łacha, widoczna na horyzoncie na dwóch zdjęciach) wpadł do wymytej przez wodę dziury. W wypadku zginęło trzech pasażerów, a 36 osób odniosło rany; dość rzec, że poruszanie się pomiędzy wyspami Morza Wattowego wymaga nie mniejszej ostrożności, niż Strada militare del Colle dell’Assietta. (Miała być Radość Ubitych Dróg, a wyszło jak zawsze, rzec można… 😉


Mandø bussen Låningsvejen

Dwa zdania o źródle nazwy Mandø. Otóż historycznie wyspa nosiła miano Mannæø, spotyka się też wersję Manø — czyli „wyspa człowieka / ludzi”2. Biorąc pod uwagę, że źródła mówią, iż na stałe zamieszkuje ją zaledwie ok. 30 osób, ale w każdym roku odwiedza 80 tys. turystów — wszystko się zgadza.
Życie na wyspie nigdy nie należało do łatwych, bo i historia osadnictwa na zachodnim wybrzeżu Jutlandii pełna jest walki z żywiołami, budowy wałów przeciwpowodziowych, przenoszenia lub nawet porzucania całych miast (por. „Słone łąki” Dorthe Nors). Także Mandø była wielokrotnie zalewana, dewastowana, a jeden ze sztormów nie tylko zniszczył dawną osadę, ale też na wiele lat podzielił ją na dwie odrębne wysepki.


Mandø kirke
Dagmara Czeska

Dziś w Mandø By3 jest kawiarnia, kemping, knajpa, kościół, sklep, jakieś centrum turystyczne, a w prawie każdym domu przyjmuje się turystów. Jest też niesamowity spokój i cisza, których nie potrafi zmącić nawet tłumek pasażerów wysypujących się z przyczepy. Jedyną osadę na wyspie można obejść w trzy kwadranse, trochę więcej czasu potrzeba na rzut oka na morze. Jak ktoś bardzo potrzebuje, to jest jeszcze droga wokół wyspy, jak sądzę idealna na rower lub naprawdę długi spacer.


Café Mandøpigen
Mandø Brugs

Mandø to także świetna okazja na obserwacje przyrodnicze i krajoznawcze: jesteśmy w samym sercu parku narodowego Vadehavet, a to przecież raj dla miłośników morskiego ptactwa („czarne słońce” to ponoć jeden z bardziej niesamowitych spektakli), nieoczywistych widoków i dość nieskrępowanej — współistniejącej z ludzkim gatunkiem, choć czasem próbującej go stąd wyprzeć — natury.


wyspa Mandø

Wszystko dobre, co się kiedyś kończy, zatem decydujemy się na powrót. Po kilkunastu minutach jazdy drogą przez wyspę docieramy do wałów przeciwpowodziowych, za którymi zaczyna się Låningsvejen. Zatrzymuję się na moment, żeby raz jeszcze pstryknąć kilka zdjęć wymownym tablicom ostrzegawczym — „Ta droga jest zalewana przy każdym przypływie!” — „Nie jedź dalej, jeśli nie znasz się na pływach morskich!” — „Silne wiatry i prądy morskie mogą uczynić drogę nieprzejezdną. Wybierz traktor-bus jeśli nie jesteś pewien warunków” (tak, taka tablica jest także przy wyjeździe z wyspy, przy czym nie zauważyłem parkingu pełnego aut porzuconych przez zdesperowanych turystów) — i jedziemy dalej…



wyspa Mandø

…no i proszę, wykrakali: jest przypływ Låningsvejen pod wodą — wyspa Mandø odcięta od świata. Zawracamy?! Czekamy!? Dzwonimy po pomoc!?! Kudy tam, przecież płynie we mnie krew Polaka-kozaka, Stefana Czarnieckiego, co to dla ojczyzny ratowania wrócił się przez morze, przecież jedziemy na wschód, tam musi być suchy ląd.
Chociaż więc nasz Peżocik nie jest wehikułem Pana Samochodzika, powoluśku, pomaluśku — wody wprawdzie najwyżej po rant opony, ale nurt coraz silniejszy, a poziom coraz wyższy, głupio byłoby zaczepić się o jeden z głazów wyznaczających krawędź żwirówki — przemy.


Låningsvejen wyspa Mandø

I tu mała dygresja: godziny pływów nie są stałe, w rejonie Morza Wattowego przesuwają się z dnia na dzień o około 45 minut, więc to, że wczoraj o określonej godzinie było sucho, nie oznacza, że jutro też tak będzie. Stąd też przed wyruszeniem na Mandø warto sprawdzić rozkład pływów morskich — w sieci można znaleźć odpowiednie tabele, a jak komuś się nie chce, to ponoć informacje można uzyskać w Vadehavscentret (obiekt znajduje się kilkaset metrów przed wjazdem na groblę, przeoczyć go nie sposób).


Låningsvejen wyspa Mandø

Jak widać wszystko się udało, dotarliśmy na ląd cali i żywi, i nawet suchą stopą — dzięki czemu mogłem nie tylko popełnić ten tekścik, ale też podzielić się z P.T. Czytelniczkami i P. T. Czytelnikami kolejnym filmikiem dokumentującym wypad na wyspę Mandø.



Dla chętnych i zaintrygowanych — rzut okiem na mapę. Grobla Låningsvejen to ten sznureczek odchodzący od balonika ku północnemu wschodowi, Mandø Ebbevej biegnie (?) kilkaset metrów na południe.



  1. Przypomnijmy, że wyraz ø tłumaczy się jako „wyspa” — więc każda nazwa geograficzna kończąca się na ø oznacza wyspę ↩︎
  2. Dla kontrastu: nazwę Isle of Man (Mannin) wywodzi się z określenia terenu górskiego ↩︎
  3. Gdzie by oznacza „miasto” — duński jest bardzo prosty, nieprawdaż? 😉 ↩︎

(zdjęcia & film: Olgierd Rudak, CC BY-SA 4.0)

subskrybuj
Powiadom o
guest

0 Komentarze
Oldest
Newest
0
komentarze są tam :-)x